LUDWIKA BURCZAK

Dnia 20 grudnia 1946 r. w Zamościu, sędzia śledczy Sądu Okręgowego w Zamościu, w osobie p.o. sędziego Karola Lewandowskiego przesłuchał niżej wymienioną osobę w charakterze świadka, bez przysięgi. Po uprzedzeniu świadka o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania i o treści art. 107 kpk, świadek zeznała, co następuje:


Imię i nazwisko Ludwika Burczakowa
Wiek 23 lata
Imiona rodziców Jan i Teofila
Miejsce zamieszkania przedmieście Majdan, gm. Zamość
Zajęcie gospodyni
Wyznanie rzymskokatolickie
Karalność niekarana
Stosunek do stron pokrzywdzona

W grudniu 1942 r. wysiedlono mnie wraz z rodziną, składającą się z ojca Jana Sadowskiego oraz braci Józefa i Romana Sadowskich, z przedmieścia Majdan i umieszczono za drutami w obozie w Zamościu. W Zamościu byliśmy na komisji, opisano nas i zaraz następnego dnia wywieziono do Oświęcimia. Wieziono nas przez trzy dni w zamkniętych wagonach. W Zamościu dano po dwa dwukilowe bochenki chleba i po dwie łyżki marmolady. W czasie transportu nic nam więcej nie dano.

Na miejscu ojca i braci wzięto do obozu męskiego, a mnie do żeńskiego. W Oświęcimiu przebywałam do października 1944 r. Chodziłam na prace rolne, na kopanie rowów, nawet zimową porą, i sypanie wałów. Na śniadanie otrzymywałam ok. pół litra czarnej kawy (lury) lub śmierdzących ziółek. W południe dawano litr zupy z brukwi lub chwastów, np. pokrzyw, i na kolację dawano również ok. pół litra kawy i 25 deka chleba. Zimową porą mieliśmy pasiaki, niektórzy posiadali swetry. Włosy zgolono nam podczas przyjęcia do obozu. Na głowę dawano nakrycie w postaci cienkiej, niewielkiej szmatki. W lutym 1943 r. chorowałam na grypę, zaś w czerwcu tegoż roku na zapalenie uszu. Innych przeziębień w to nie wliczam. W czasie apelów, a także podczas pracy SS-man i inni wartownicy bili nas przy każdej okazji i bez okazji.

W październiku 1944 r. przewieziono mnie do obozu Flossenbürg, [a] stamtąd w kwietniu 1945 r. do obozu w Czechach i tam przebywałam aż do przyjścia Sowietów.

Obaj bracia i ojciec zmarli w Oświęcimiu. Ojciec w trzy miesiące po umieszczeniu go w obozie, brat Józef w pięć tygodni, a Roman w siedem tygodni. Bracia zmarli na tyfus. Ojciec zmarł na rewirze – w szpitalu.

Tadeusza Rycyka i Mieczysława Rycaja nie znałam. Znałam żonę Tadeusza Rycyka, imienia nie pamiętam, która wraz z sześcioletnim dzieckiem była przez pewien czas ze mną na jednym bloku. Jednej tylko Rycykowej pozwolono, względnie nie zwrócono uwagi na to, że posiadała przy sobie nieletnie dziecko.

Nazwisk Niemców nie pamiętam.

Tak zeznałam.

Odczytano.