Warszawa, lipiec 1990 r.
Janina Szostakiewicz
[...]
Dotyczy pisma Żydowskiego Instytytu Historycznego w Polsce
znak: AR-168/90/G.
Relacja
W 1942 r. mieszkała u nas Żydówka, p. Kamila Krohowa z domu Mildwurm, pod przybranym nazwiskiem Zofii Marciniszyn.
Latem 1943 r., nie pamiętam, w którym miesiącu, rano weszłam do jej pokoju. Zastałam ją gotową do wyjścia, do miasta. Na moje pytanie [o to], dokąd się wybiera, odpowiedziała mi, że idzie tam, gdzie jest jej córka, po którą ma przyjść gestapo i ją zabrać. Wówczas dowiedziałam się, że ma córkę, na którą zrobiono donos. Córka jej, [ukrywająca się] pod nazwiskiem Janina Marciniszyn, miała wtedy niespełna 14 lat.
Nie pozwoliłam jej wyjść i sama udałam się na ul. Kadecką we Lwowie, gdzie przebywała jej córka. Nie chciano mi jej wydać, bo już raz było gestapo i zapowiedziało, że za godzinę mają przyjść po nią. Wtedy zapytałam ich, skąd mogą wiedzieć, czy ja nie jestem z gestapo.
Tym sposobem udało mi się ją wyprowadzić z tego domu. Następnie przeszłyśmy koło naszego domu, aby jej matka zobaczyła, że córka jest na razie bezpieczna.
Zaprowadziłam ją do p. prof. dr Lali Wrzeszczyńskiej na Kwiatkówce. Po kilku dniach przeprowadziłam ją [do] p. prof. dr Mejbaumowej na ul. Rutkowskiego. Kiedy nie mogła już tam przebywać, załatwiłam jej pobyt u p. Janiny Kramerowej przy ul. Zyblikiewicza, następnie u p. Steni, niestety nie znam jej nazwiska, znałam ją tylko pod tym pseudonimem, przy ul. Wagilewicza 4, gdzie przebywała do wyzwolenia Lwowa przez Armię Radziecką.
Oprócz tego byłam łączniczką mojej śp. Matki Jadwigi, ze względu na jej bezpieczeństwo, bo w domu były jeszcze małe dzieci, wszystkich było nas sześcioro.
Matka moja była współpracownicą p. Władysławy Chomsowej, działającej na terenie Lwowa z ramienia „Żegoty”.
Mój współudział polegał na tym, że dostarczałam do wskazanych mi punktów dokumenty aryjskie dla ukrywających się Żydów. Były to oryginalne dokumenty i kenkarty, względnie lewe kenkarty i lewe kartki żywnościowe. Dostarczałam również osobom, które nie mogły wychodzić z domu, artykuły żywnościowe i inne potrzebne im rzeczy.
Odnośnie osób przechowujących Żydów to nazwisk ich nie znałam, obowiązywała bowiem ścisła konspiracja.
Niestety tak się złożyło, że w październiku 1944 r. musiałam uciec ze Lwowa i utraciłam wszelkie kontakty. Po wojnie nie miałam możliwości nawiązania z nimi kontaktu.
Natomiast po upływie wielu lat od zakończenia wojny, osoby, które mogłyby poświadczyć o mojej działalności, nie żyją.
Oświadczam, że pomoc udzielana Żydom przeze mnie była czyniona z pobudek czysto ludzkich i nie czerpałam z tego tytułu żadnych korzyści materialnych.
Z poważaniem
Janina Szostakiewicz