JÓZEF ZYDANOWICZ

Warszawa, 12 września 1945 r. Sędzia śledczy Mikołaj Halfter przesłuchał niżej wymienionego w charakterze świadka. Po uprzedzeniu o odpowiedzialności karnej za składanie fałszywych zeznań oraz o znaczeniu przysięgi, świadek zeznał, co następuje:


Imię i nazwisko Józef Zydanowicz
Data urodzenia 12 stycznia 1909 r.
Imiona rodziców Wincenty i Anna
Miejsce zamieszkania Kraków, ul. Czarnowiejska 49 m. 12
Zajęcie inż. elektryk w elektrowni miejskiej
Wyznanie rzymskokatolickie
Karalność niekarany

W czasie powstania warszawskiego, 7 sierpnia 1944 roku, przebywałem w piwnicy domu przy ulicy Elektoralnej 2. Tego dnia o zmierzchu przybyli na teren posesji jacyś żołnierze niemieccy, którzy kazali wszystkim mężczyznom wyjść z piwnicy, rzekomo na dwie godziny, w celu rozbierania barykady. Usłuchałem tego rozkazu i wraz z innymi mężczyznami w liczbie około 50 wyszedłem z piwnicy. Żołnierze wyprowadzili nas na plac Żelaznej Bramy, następnie zaprowadzili nas do tego miejsca przy ul. Mirowskiej, które jest położone naprzeciwko placyku między halami targowymi. Na jezdni leżało około 20 trupów. Nam kazano ciała przenieść na placyk między halami targowymi. Przenosząc wraz z innymi trupy, i zauważyłem, że byli to wszystko mężczyźni w średnim wieku. Krew ze zwłok nie płynęła już, lecz jeszcze nie zastygła. Widziałem, że trupy te miały poprzestrzelane głowy w różnych kierunkach, przy czym twarze niektórych były zniekształcone, jak odniosłem wrażenie – na skutek przebicia pociskiem dużego kalibru. Po przeniesieniu zwłok kazano nam rozbierać barykadę na torach tramwajowych od placu Żelaznej Bramy do ul. Żelaznej.

Po usunięciu przez nas części barykady i umożliwieniu w ten sposób przejazdu dla czołgów odprowadzono nas w kierunku Żelaznej, gdzie zatrzymano na jezdni, przy czym kazano nam trzymać ręce do góry. Kilkakrotnie zapytywano, czy nie ma wśród nas volks- lub reichsdeutschów. Następnie przeprowadzono u nas rewizję, przy czym zabierano zegarki, obrączki i wszelkie przedmioty wartościowe, także i papierosy. Po zrewidowaniu trzymano nas w dalszym ciągu na tym samym miejscu. Staliśmy tam z podniesionymi rękami około godziny, może półtorej. Niedaleko od nas stały grupki żołnierzy w liczbie może ze 200. Rozmawiali oni w językach niemieckim i rosyjskim lub ukraińskim. Na nasze prośby o zwolnienie, żołnierze odpowiedzieli śmiechem i szyderstwami. Jeden z nich powiedział nam, że będziemy leżeć. Jeszcze kilka razy powtarzał nam to samo w odstępach czasu, zapewniając nas, że to wkrótce nastąpi. W pewnym momencie (staliśmy ustawieni trójkami) wprowadzono pod eskortą pierwsze trójki do tej hali targowej, która jest położona bliżej ulicy Żelaznej. Posłyszałem wkrótce potem pojedyncze strzały karabinowe. Następnie wprowadzono do tej hali dalsze trzy trójki. Ja znajdowałem się w drugim szeregu. W momencie, gdy znajdowaliśmy się jeszcze bezpośrednio przed wejściem, jeden z żołnierzy eskortujących nas oddał strzał karabinowy, po czym niezwłocznie mój sąsiad z lewej strony zwalił się na ziemię przede mną, zagradzając mi drogę, skutkiem czego ja potknąłem się i upadłem. Natychmiast jednak poderwałem się i dopędziłem swoich towarzyszy z trójki. Nie zauważyłem, co się dalej działo z tym, o którego potknąłem się. Po poderwaniu się, gdy dogoniłem swoich towarzyszy wchodzących w tym momencie przez drugą wewnętrzną bramę do hali, zauważyłem prowadzące na prawo jakieś drzwi i od razu skoczyłem w nie. Zobaczyłem przed sobą sień, wbiegłem dalej i zobaczyłem schody na górę. Było wówczas już ciemno, lecz ciemności rozświetlane były odblaskami pożarów naokoło. Odniosłem wrażenie, że moja ucieczka została zauważona, gdyż posłyszałem jakiś okrzyk za sobą, lecz nikt nie strzelił do mnie. Wbiegłem na galerię, gdzie jeszcze paliły się w niektórych miejscach drewniane części i tam pozostałem. W pewnym momencie, gdy poszukiwałem dla siebie kryjówki, posłyszałem głos – ktoś szeptem prosił mnie, abym się lepiej zakrył. Zorientowałem się, że ktoś jest ukryty za spalonymi deskami. Odpowiedziałem mu, że jest dobrze zakryty. Pozostałem tam, szukając drogi, którą mógłbym wykorzystać do ucieczki. Słyszałem w tym czasie z wnętrza hali poszczególne strzały karabinowe. Po pewnym czasie, po przerwie, spojrzałem z galerii w dół do wnętrza hali i zobaczyłem wówczas duży okrągły dół w podłodze hali o średnicy mniej więcej 6 – 7 metrów, przy czym w dole tym rozpalone było bardzo duże ognisko, tak że ogień wybijał się o jakie parę metrów do góry ponad poziompodłogi hali. Zauważyłem dalej, że żołnierze podprowadzają do skraju tego dołu człowieka, widziałem jak ten człowiek przeżegnał się, a potem usłyszałem strzał i widziałem, jak upadł w ogień. Nadmieniam, iż strzał został oddany w ten sposób, że żołnierz przyłożył do szyi tego człowieka z tyłu karabin i wystrzelił. Widziałem jeszcze kilka takich scen. Zauważyłem, że po strzale ludzie nie od razu spadali do dołu, lecz zawsze dopiero po upływie paru sekund. Po zaobserwowaniu paru takich morderstw, przestałem już patrzeć do hali, lecz słyszałem w dalszym ciągu jeszcze dużo takich strzałów, raz jęki i czasami zacichające stopniowo wycie ludzkie. Sądziłem, że są to krzyki ludzi, którzy spadali do ognia, nie będąc jeszcze zabitymi. Z ilości strzałów wnoszę, że zostali tam rozstrzelani wszyscy ci, co razem ze mną zostali wyprowadzeni z piwnicy domu przy Elektoralnej 2. Pozostawałem na tej galerii jeszcze dość długo, co najmniej z godzinę od chwili, kiedy już przestałem słyszeć strzały i głosy ludzi. Następnie niepostrzeżony uciekłem przez małe getto w kierunku ul. Grzybowskiej, a następnie przedostałem się na Złotą 3, gdzie pozostałem przez miesiąc.

Zaznaczam że powstańcy w domu przy Elektoralnej żadnego punktu obronnego nie mieli, toteż Niemcy nie mieli podstaw do tego, by uważać, iż my, znajdujący się w domu nr 2, jesteśmy czynnie walczącymi z Niemcami.

Dodaję, że w czasie naszej pracy, tak przy usuwaniu zwłok, jak również przy rozbieraniu barykady, byliśmy przez cały czas szturchani i bici kolbami gdzie popadło oraz kopani bez powodu przez eskortę. Przy tym przeklinali nas i wymyślali nam od „polskich bandytów”.

Odczytano.