STANISŁAW ARONSON

Wspomnienia i życiorys „Ryśka”
Stanisław W. Aronson, Kedyw „Kolegium” A

Urodziłem się 6 maja 1925 r. na ul. Senatorskiej 24 w Warszawie.

Rodzice: Waldemar, ur. 15 października 1896 r. w Warszawie, Helena, ur. 2 maja 1899 r. w Łodzi.

Siostra: Janka, ur. 6 maja 1921 r. w Warszawie.

Wszyscy zginęli w czasie wojny.

Rodzina zamożna, z polsko-żydowskiej inteligencji, w 1931 r. przeniosła się do Łodzi. [W latach] 1931–1939 [uczyłem się w] Gimnazjum Społecznym w Łodzi, w czasie wybuchu wojny byłem uczniem trzeciej [klasy] gimnazjalnej.

W pierwszym tygodniu po wybuchu wojny uciekliśmy samochodem przed Niemcami najpierw do Warszawy, a po tygodniu na wschód do Równa [Równego], pod którym daleka rodzina miała majątek. W chwili wejścia Armii Czerwonej nie udała [się nam] ucieczka na Litwę. Potem pojechaliśmy do Lwowa. Od października 1939 r. do połowy 1942 r. [przebywaliśmy we] Lwowie. [Uczyłem się w] Gimnazjum na ul. Łyczakowskiej [w] trzeciej i czwartej [klasie], [zdałem] małą maturę i zacząłem I Liceum.

W połowie 1942 r., kiedy Niemcy zaczęli odkrywać coraz więcej Żydów, pojechaliśmy do warszawskiego getta. Mój ojciec myślał, że to jest najlepsze tymczasowe rozwiązanie sytuacji. W getcie pracowałem i uczyłem się prywatnie, skończyłem pierwszą klasę liceum i zacząłem drugą. Zdawałem egzaminy w cichym gimnazjum.

W styczniu 1943 r. Niemcy złapali całą naszą rodzinę. Zabrali nas na Umschlagplatz (Stawki), gdzie nas rozdzielili. Mnie SS-mani pobili i załadowali na transport. Pociąg stał na Dworcu Gdańskim jeszcze parę godzin, wagon był tak pełny, że nie można było się ruszać. Widziałem małe okienko przy dachu mego wagonu, które nie było zabezpieczone. Dopchałem się do tego okienka i zdecydowałem wyskoczyć przy pierwszej możliwej sposobności. Pociąg ruszył ok. godz. 4.00–5.00 rano, po jakichś 15 minutach zatrzymał się. Było bardzo ciemno. W ciągu paru sekund wcisnąłem się do tego okienka i z trudnością przecisnąłem się na zewnątrz, skoczyłem z paru z metrów na ziemię. Leżałem parę sekund pod pociągiem i obserwowałem, co się dzieje. Widziałem paru SS-manów z reflektorami badających pole koło pociągu.

Po jakiejś minucie reflektory zmieniły kierunek, wstałem i poleciałem przez pole paręset metrów w kierunku małego lasku. Znów reflektory. Leżałem na tym polu 15–20 minut, było bardzo zimno. I wtedy pociąg odjechał. Znów wstałem i zacząłem iść w kierunku lasku. Po paru minutach zobaczyłem małą kapliczkę. Wszedłem do środka i tam zostałem do rana. Ok. godziny 7.00 zacząłem iść w kierunku jakiegoś domku. Chłop otworzył drzwi, ja go zapytałem jak dojechać do Warszawy. On mnie zaprosił do domu, dał mi śniadanie. Nic się nie pytał, wszystko rozumiał. Później zaprowadził mnie do jakiejś kolejki i pojechałem do Warszawy.

W Warszawie poszedłem do przyjaciół mojej siostry, ale oni się bali, żebym u nich został. Następnego dnia zaprowadzili mnie do ich ciotki, która była Niemką albo volksdeutschką. U niej mieszkałem dwa tygodnie, ona zorganizowała mi papiery, pracę i pierwszy kontakt z Tajną Organizacją Wojskową (Kedywem). Moja pierwsza praca była u blacharza dachów. Praca była przyjemna, na świeżym powietrzu, lokatorzy z tych domów zapraszali nas na herbatę i ciastka. Syn tego blacharza był też w sabotażu i dwa do trzech razy w tygodniu chodziliśmy razem po południu nalewać chemikalia do hamulców wagonów kolejowych. Robiliśmy to w Warszawie i pod Warszawą. Po paru miesiącach dostaliśmy angielskie chemiczne detonatory, które mieliśmy wrzucić do zbiorników niemieckich samochodów. To już nie było tak łatwo. Jeden pilnował, drugi wrzucał.

Znów przeszły dwa miesiące. Ok. maja 1943 r. zostałem przeniesiony do grupy czerniakowskiej i po raz pierwszy spotkałem „Żbika” (Zdzisława Zajdlera). To była ogromna zmiana, mój pierwszy dowódca nigdy nie wychodził z nami na akcję. Dawał nam instrukcje, posyłał nas i następnego dnia dostawał meldunek. Broni zasadniczo myśmy nie mieli.

W chwili, gdy „Żbik” został moim dowódcą, wszystko się zmieniło, zaczęliśmy uczyć się broni (Thompson, granaty, parabellum, vis), zachowania w akcji, morale i wszystkiego, co żołnierz bojowy musi wiedzieć. „Żbik” uczył nas, jak się zachowywać w odwodzie, gdzie i jakie są przejścia (w śródmieściu Warszawy) z jednej ulicy do drugiej przez bramy, jak zwiać, kiedy cię śledzą. Myśmy teraz słyszeli, co to jest prawdziwe koleżeństwo, poczucie dyscypliny, opanowanie wewnętrzne i moralność. To mi zostało na całe życie.

W tym czasie przestałem pracować u blacharza i byłem opłacany już przez Kedyw. Syn blacharza nie przeszedł ze mną na Czerniaków i więcej go nie widziałem. Moja pierwsza duża akcja była [w] Palmirach, w lipcu 1943 r. W końcu sierpnia wykonałem z pomocą jednego nowego kolegi akcję na garażu pocztowym na ul. Ratuszowej.

Ta akcja jest wspomniana w książce Witkowskiego, ale niedokładnie (str. 265–279), i przez Strzembosza. Byłem przez parę dni na obserwacji tego garażu, ale większość informacji przyszła z wewnątrz. Po zamknięciu garażu, ubrany jak robotnik, podszedłem do wejścia i powiedziałem stróżowi, że mnie przysłali sprzątać garaż, a mój pomocnik przyjdzie za parę minut. Czekałem na kolegę koło wejścia, już z miotłą i taczką. On przyszedł z detonatorami i natychmiast zaczęliśmy sprzątać ten plac, na którym był garaż. Chodziliśmy od jednego wozu do drugiego, do wszystkich ciężarówek, później do beczek z benzyną i wrzucaliśmy dwu-, trzygodzinne detonatory. Na końcu otworzyliśmy wejście do podziemnego zbiornika benzyny i wrzuciliśmy wielkie detonatory. Ta cała historia trwała godzinę. Po skończeniu poszliśmy na jakiś wysoki dach i czekaliśmy. Nic się nie dzieje. Po czterech godzinach nagle straszny wybuch. Z daleka to wyglądało jak bomba atomowa. Mam wrażenie, że mieliśmy ochronę, która się wycofała w tej minucie, jak myśmy wyszli z garażu. Ta akcja mi świetnie została w pamięci, bo ja nią kierowałem, ona była czysta, bez strzelania, bez likwidacji, bez zabitych. Likwidacje chciało się zapomnieć.

Zasadniczo od września 1943 r. byłem w stałej gotowości bojowej, mieszkałem w małym pokoiku na Czerniakowskiej u jakiejś rodziny. W grupie czerniakowskiej było dwóch chłopców: Zygmunt „Słoń” i „Zawiły”. Oni mieszkali u swoich rodziców na ul. Czerniakowskiej, zdaje się niedaleko od kościoła. To był domek robotniczy, w którym mieszkało jeszcze parę rodzin. W tym domu było nasze centrum. Myśmy tam jedli, pili, bawili się, wychodzili na akcje, wracali z akcji. Naszym przewodnikiem był „Słoń”. Tam się zawiązała moja długoletnia przyjaźń z „Patem” (Leszek Rybiński), „Beatą” (Beata Branicka) i „Remecem” (Olgierd Cemerski), która trwała do ich śmierci, i krótka – bo przerwana – przyjaźń ze „Słoniem”, „Cyganem”, „Zawiłym” „Voglem” i innymi.

„Słoń”, jak sobie jeszcze przypominam, był rudy, wysoki, „Zawiły” – mały blondynek. Matki „Słonia” i „Zawiłego” bardzo się nami zajmowały – gotowały, prały itd. Nawet po akcji w Skrudzie, w grudniu 1943 r., w której zginął „Zawiły”, myśmy jeszcze przychodzili do tego domu, ale po tym, jak „Słoń” zginął, a dwóch innych zostało aresztowanych, Czerniaków się skończył i ci, co zostali, przenieśli się na Śródmieście.

W tym czasie braliśmy udział w wielu akcjach: likwidacje, ataki na budy żandarmerii – gestapo, pociągi itp. Po tylu latach trudno już pamiętać.

W czasach czerniakowskich „Cygan”, „Słoń” i „Żbik” robili likwidacje, a reszta była na ochronie. Ja myślę, że najwięcej egzekucji zrobił „Cygan”. On był bardzo dzielnym żołnierzem, zawsze pierwszy, nieustraszony. Wysoki, bardzo czarne włosy, ciemna cera – naprawdę wyglądał jak Cygan. Nikt się naturalnie nie pytał, skąd on pochodzi. Na pewno był z robotniczej rodziny. „Cygan” zawsze dziwnie się zachowywał, był bardzo dziki i „Żbik” bardzo się bał, że przez swoje zachowanie on nas wsypie.

Jednego dnia dostaliśmy nowy rosyjski rewolwer do likwidacji. Strzelał prawie bez głosu, to był zasadniczo długi cylinder, jakieś 30–40 cm, i cyngiel. Dostaliśmy do tego rewolweru specjalne kule. Ładowało się je prosto do cylindra. Ten rewolwer był bardzo niebezpieczny, bo nie miał zabezpieczenia. Rozkaz był: ładować go chwilę przed likwidacją. Jako główny likwidator „Cygan” dostał ten rewolwer. On naturalnie rozkazów nie słuchał, załadował kule do cylindra, wsadził rewolwer do spodni i wyszliśmy na akcję. Po jakichś paru minutach, na ulicy, „Cygan” dochodzi do mnie i mówi, że się postrzelił w nogę, jest lekko ranny. Myślałem, że on zwariował – byłem metr od niego i nic nie słyszałem. Akcja odwołana.

Jednego dnia Żbik dał nam znać, że „Cygan” załamał się nerwowo i będzie zdjęty z akcji na jakiś czas. Wrócił po pewnym czasie, a po paru dniach „Żbik” nam powiedział, że został zabity na rikszy w chwili, kiedy żandarmi chcieli go zatrzymać, a on wyciągnął broń. Był z nim jeszcze ktoś. Według książki Witkowskiego (str. 287, akcja 165) „Cygan” został zastrzelony w ramach akcji zwalczania bandytyzmu – to jest możliwe dla tych, którzy go znali, ale na str. 313, akcja 256, zginął „Słoń” Zygmunt prawdopodobnie na rikszy i tam został zabity jeszcze jeden, ja myślę, że to był „Cygan”. Pytanie jest, czy ten rozstrzelany „Cygan” to był Edek Czarny czy nie. Jak nie, to on musiał zginąć na Miodowej ze „Słoniem”. Jedna rzecz w tym sprawozdaniu jest niedokładna: „Słoń” nie miał 30 lat, ja myślę, że miał 22–24 lata.

Akcja w Skrudzie też dość dobrze została w mojej pamięci. W tej akcji brało udział dużo ludzi – oddział „Żbika”, „Stasinka” i jeszcze jakiś oddział z rkm (nie z „Kolegium A”). Akcja się zaczęła, kiedy wybuchła mina pod parowozem i zatrzymała pociąg. Wtedy rkm-y otworzyły ogień na pociąg przez parę minut. W chwili przerwania ognia biegliśmy prędko do pociągu i wrzuciliśmy granaty w okna. Myśleliśmy, że w chwili ataku na pociąg żołnierze niemieccy otworzą okna i będą do nas strzelać. Ja byłem koło „Zawiłego”, rzuciliśmy razem granaty, ja w otwarte okno, ale myślę, że „Zawiły” albo nie trafił w okno, albo okno było zamknięte i on tego nie widział. Biegł jeszcze parę metrów i krzyknął do mnie, że jest ranny i upadł. Ciągnąłem go jeszcze do naszej linii i tam stracił przytomność. Zginął od swego granatu. Po ataku z granatami znów otworzono ogień z rkm i zaczęliśmy się wycofywać, możliwe, że część samochodem. „Żbik” i jego pluton szybko maszerowali trzy–cztery godziny. Nad ranem zatrzymaliśmy się w jakiejś piekarni na wsi i tam spaliśmy parę godzin na półkach. Rano przyjechał Antek i odwiózł nas na Czerniaków.

Byłem najmłodszy w grupie „Żbika”, miałem w tym czasie 18 i pół roku, dlatego pewnie nie dawali mi robić likwidacji, tylko byłem na ochronie lub w drugim pokoju.

Ciężko dzisiaj przypomnieć sobie dokładnie, w których akcjach, co robiłem, po 43 latach, kiedy dużo nie mówiłem i nie miałem z kim mówić, bo ludzie na początku nie wierzyli w moje opowiadania. Ja nie lubiłem specjalnie chełpić się, więc przestałem mówić i bardzo dużo zapomniałem. Powoli przychodzą mi do pamięci różne obrazki, ale ja bym musiał mieć moich kolegów koło mnie, żeby zacząć naprawdę sobie przypominać, co było.

W grudniu lub styczniu 1944 r. ktoś z Kedywu załatwił mi pracę w Dyrekcji Lasów (Hauptabteilung Forsten). Znałem nieźle niemiecki i pracowałem jako pomocnik buchaltera który był Polakiem, dyrektorem był Niemiec. Ta praca była bardzo wygodna dla wszystkich: dla mnie, gdyż nie kręciłem się po ulicach i miałem świetną niemiecką legitymację; dla Kedywu, gdyż zawsze byłem koło telefonu i mogłem telefonować, gdzie chcę. Jak była akcja i musiałem wyjść, ten Polak mnie zawsze krył, mówiąc, że on mnie posłał. Moja legitymacja była ważna dla wszystkich, więc nie bałem się łapanek i mogłem być na ulicach. Tam też poznałem jedną panią, która mi zorganizowała pokój na Mokotowie w willi jej siostry. Siostra tej koleżanki z pracy była nauczycielką w gimnazjum i ona pomogła mi przygotować się do matury, którą zdałem w 1944 r. w Dyrekcji Cichego Nauczania przy [klasztorze] sióstr niepokalanek.

Moja praca w Dyrekcji Lasów nie trwała długo. Jednego dnia pojechałem z Antkiem i jeszcze paru chłopcami na akcję i miałem wrażenie, że mój Niemiec mnie widział. Więcej nie poszedłem do pracy. Zatelefonowałem, że jestem chory. Nie mogłem zdecydować się, czy zmienić mieszkanie czy nie. W Dyrekcji Lasów nie mieli mojego adresu w Mokotowie. Ale ten Niemiec mnie nie widział, to sprawdziłem po paru dniach.

Jednego ranka parę tygodni później ktoś zadzwonił do drzwi. Otworzyłem, stał „Słoń” i powiedział, że zaaresztowali jakichś kolegów, którzy znają mój adres na Mokotowie. Natychmiast opuściłem mieszkanie i nawet nie pożegnałem się z moimi miłymi gospodarzami. Po wojnie, kiedy ich odwiedziłem, okazało się, że gestapo nigdy do nich nie przyszło, ale zawsze myśleli, że jestem w AK.

Po tej wsypie przeniosłem się na ul. 6 Sierpnia. Wynająłem tam pokój razem z „Remecem”. W tym czasie byłem na jakiejś nieudanej akcji na Starym Mieście lub na pl. Zamkowym, która skończyła się starciem z Niemcami. Podczas odwrotu zostałem lekko ranny nad lewym okiem. Kula zadrasnęła tylko skórę, ale cała moja twarz była we krwi. Oddałem broń łączniczce i jakoś zwiałem z chustką na oku. Poszedłem do lekarza i on mnie zabandażował na parę dni. Ta akcja była pewno na wiosnę 1944 r., ale o niej nic nie pisano.

Jest jeszcze jedna akcja, w której braliśmy udział, a o której nic nie jest napisane: uderzenie na samochód lub kasę z pieniędzmi. Nie pamiętam szczegółów, ale pamiętam, że po akcji „Żbik” nas zebrał i objaśnił nam stronę moralną tego, że pomiędzy tym, co my robimy, i bandytyzmem jest bardzo cienka linia i musimy zawsze wiedzieć, gdzie ona jest.

Od początku 1944 r. razem z „Patem”, „Voglem” i innymi byłem uczniem szkoły podchorążych. Było nas ok. ośmiu. Dostaliśmy książki, zdawaliśmy jakieś egzaminy. Na końcu kursu wszystkich nas zebrali w jakimś mieszkaniu, tam spotkaliśmy się z pułkownikiem albo generałem – kimś, kto był jednym z dowódców AK, nie pamiętam jego imienia. Może to był „Grot”. Myśmy oczekiwali jakiegoś końcowego egzaminu lub pytań. Ale on się o nic nie pytał, [tym], co go zainteresowało [były] nasze akcje. Był bardzo wzruszony rozmawiając z nami i to było dla nas trochę śmieszne.

Wszyscy skończyli [ze stopniem] kapral podchorąży. Ja w piechocie, inni w kawalerii. To było parę miesięcy przed Powstaniem. Te ostatnie miesiące przed Powstaniem były bardzo gorące, przypominam sobie powoli różne sceny, ale to jest jeszcze jak we mgle. Śmierć „Żbika” była dla nas strasznym ciosem. Po dziesięciu miesiącach ciężkiej walki razem było trudno stracić dowódcę. Ostatnich dwu miesięcy po śmierci „Żbika” nie pamiętam. Tylko „Rena”, która była łączniczką u „Żbika” i mieszkała w tym samym domu na ul. 6 Sierpnia, przypominała mi, że miała nas pilnować, żebyśmy nie spacerowali po ulicach. W tym czasie były straszne łapanki i każdy młody człowiek był podejrzany. „Rena” pamięta, że w bramie tego domu stał „ślepy” żebrak, który grał na skrzypcach i nas obserwował. Ona myśli, że gdyby Powstanie nie wybuchło 1 sierpnia, gestapo by zaaresztowało „Remeca” i mnie.

„Rena” też pamięta, że na akcji, w której zginął „Żbik” i „Kaczor”, myśmy wszyscy siedzieli i czekali na stacji kolejki wilanowskiej na Belwederskiej. „Rena” zauważyła dwóch szpiclów, którzy nas obserwowali. Myśmy byli na tej stacji długo, dużo pociągów odjechało i przez to oni nas podejrzewali. Nagle jeden z nich poszedł do telefonu publicznego, zatelefonował, podszedł do drugiego i odpalił od niego papierosa. W tej chwili „Rena” powiedziała „Żbikowi”, co się dzieje i on natychmiast dał rozkaz odwrotu, każdy oddzielnie. „Żbik” i „Kaczor” poszli w kierunku Puławskiej i tam zginęli.

„Rena” (dzisiaj Rena Roztworowska), Beata Branicka, „Pat” (Leszek Rybiński), „Remec” (Olgierd Cemerski) – byliśmy jedną grupą przyjaciół. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy razem, przeważnie w pałacu w Wilanowie lub w Natolinie, lub w mieszkaniu Branickich na Smolnej. Te miejsca były dość pewne, gdyż gestapo nie szukało w pałacach. Na przykład, jak były łapanki w Warszawie albo na drodze, a myśmy byli w Wilanowie i musieliśmy wrócić do Warszawy, Braniccy wysyłali nas z powrotem landem z czwórką białych koni i stangretem w liberii. Niemcy nigdy nie ośmielili się zatrzymać tego landa. Ta przyjaźń z nimi została do śmierci, a dziś tylko Rena żyje.

W drugiej połowie 1943 r., po jakieś nieudanej akcji przeciwko szefowi wywiadu niemieckiego, „Żbik” spytał mnie nagle, czy ja jestem Żydem. Po sekundzie wahania potwierdziłem. Do tego czasu dałem moim kolegom do zrozumienia, że jestem z okolic Lwowa, moje dokumenty były lwowskie. „Żbik” mi powiedział, że sprawdzili te dokumenty i taka rodzina tam nie istnieje. Wtedy w Kedywie pomyśleli, że jestem albo szpiclem ukraińskim, albo Żydem. „Żbik” tego samego dnia zawiadomił „Andrzeja”, który dał rozkaz, żeby nikt o tym nie wiedział. Ale nie było możliwe ukrywać tego przez długi czas przed ludźmi bardzo bliskimi. Było zawsze dużo pytań, na które trudno odpowiadać. Powiedziałem o tym Beacie, „Patowi”, „Remecowi” i „Słoniowi”.

Jest jeszcze jeden fakt, który chciałbym tu wspomnieć: konspiracja i miejsca spotkań. Na początku myśmy nigdy nie znali adresów więcej niż dwóch, trzech kolegów. Ale z miesiącami wspólnej pracy ta grupa wzrosła do ośmiu–dziesięciu [osób] i to było wielkie ryzyko. Ale nawet po aresztowaniach nie pamiętam, czy gestapo szukało mnie kiedyś w mieszkaniu, które porzuciłem. Myśmy zawsze nosili ze sobą truciznę (cyjanek), ale nie myślę, by ktoś zdążył jej użyć. Nikt nie wiedział, gdzie mieszkają „Żbik”, „Stasinek” lub „Olszyna” i myślę, że nikt z nas nie widział „Andrzeja” w czasie konspiracji. Nasze spotkania ze „Żbikiem” były organizowane w czterech miejscach: jedno to pl. Trzech Krzyży, drugie Puławska, trzecie pl. Napoleona itd. Te miejsca miały kryptonimy. Plac Trzech Krzyży np. to był pl. Bankowy, pl. Napoleona – pl. Zamkowy itd. Jak dostałem telefon: „spotkanie o godz.12.00 na placu Zamkowym”, to spotkanie było o godz. 10.00 na pl. Napoleona. Jak przyszedłem o 10.00 na pl. Napoleona i „Żbika” tam nie było w ciągu pięciu minut, to spotkanie było automatycznie przeniesione na 12.00 na pl. Trzech Krzyży. Jak on znów nie przyszedł, to było przeniesione na pl. Napoleona. Ale jak „Żbik” nie przyszedł na dwa spotkania, to trzeba było być bardzo ostrożnym, bo on mógł być śledzony.

Ostatnie dni lipca siedziałem przy telefonie i czekałem na rozkaz, by zawiadomić oddział o godzinie powstania. 1 sierpnia w godzinach przedpołudniowych przyszedł ten rozkaz i myśmy zaczęli się grupować na Woli w budynku cła – Zollamt – koło Dworca Gdańskiego. Myślę, że byłem jednym z pierwszych, który tam przyjechał. Do godziny 15.00 przyjechali wszyscy, było tam ok. 70–75 ludzi. To był pierwszy raz i pewnie ostatni, kiedy cały Kedyw „Kolegium A” zgrupował się razem i wszyscy się poznaliśmy. Myśmy już nałożyli nasze biało- czerwone opaski, stopnie wojskowe, orły, naturalnie to był pierwszy raz, kiedy nałożyłem mój stopień kaprala podchorążego i byłem bardzo dumny. Ok. 16.00 „Stasinek” nas zwołał. Byliśmy bardzo zajęci sprawdzaniem broni, którą dostaliśmy przed godziną. Ustawiliśmy się w głównej sali cła na parterze budynku, w dwóch szeregach i zaczęła się odprawa. Pierwszy mówił „Stasinek”. To była pierwsza prawdziwa wojskowa ceremonia po 15 miesiącach konspiracji. Przedtem u nas nie było rozkazów, nas się prosiło, by coś zrobić i to się zawsze robiło bez słowa i najlepiej jak można. Ale teraz to już było wojsko. Myśmy dobrze wiedzieli, czego teraz od nas chcą, i rozumieliśmy ważność Powstania. Wiedzieliśmy, że na wschodzie, po wejściu Armii Czerwonej, oficerowie i żołnierze AK byli aresztowani, jednostki walczące przeciw Niemcom rozwiązane i później też aresztowane. Wiedzieliśmy, że to jest wliczone ryzyko, ale nigdy nie myśleliśmy, że nasi sąsiedzi chcieli nas zlikwidować.

Punktualnie o godz. 17.00 wyskoczyliśmy z budynku cła i zaczęliśmy atakować Umschlagplatz na Stawkach broniony przez SS. To był ten sam budynek, w którym mnie SS trzymało przed transportem do Treblinki przed 18 miesiącami. W pierwszej godzinie walki mieliśmy już dużo strat – rannych i zabitych. Po zdobyciu budynku nocowaliśmy tam. Zwolniliśmy też 50 Żydów, którzy tam pracowali. Tam też znaleźliśmy dużo żywności, mundurów i trochę broni. Ubraliśmy się w te mundury i nagle wyglądaliśmy jak wojsko, w czapkach z orłami, mundurach ze stopniami wojskowymi, butach itd.

2 sierpnia rano pomaszerowaliśmy na Wolę. Ludzie stali na ulicach, w oknach domów i nas witali, płakali. To było bardzo wzruszające i na zawsze zostało mi w pamięci. Na Woli ustawiliśmy się na ul. Okopowej, róg Żytniej (albo Leszno). Ten dom miał dwa piętra i jakieś dwie chałupy od strony podwórza. Postawiliśmy ckm na pierwszym piętrze w oknie narożnym, które było świetnym punktem obserwacyjnym na Żytnią i Okopową. Niemcy jeszcze nie wiedzieli, co się dokładnie dzieje i gdzie AK siedzi. Po jakiejś godzinie przyjechała pierwsza ciężarówka z Niemcami. Ja siedziałem przy tym ckm-ie i zacząłem do nich strzelać. Ciężarówka się zatrzymała i Niemcy wyskoczyli z rękami do góry. Ta sama scena była jeszcze dwa czy trzy razy. Później złapaliśmy czołg w tym samym miejscu.

2 czy 3 sierpnia gen. Bór-Komorowski przyszedł nas przeglądać. Ustawiliśmy się w bramie czy koło bramy tego domu w dwóch szeregach – mała parada. Tego dnia w tej chałupie na podwórzu trochę odpoczywaliśmy i tam nas sfotografowano – ta słynna fotografia z powstania na Woli, która jest w prawie każdej powstańczej książce.

Nie można zapomnieć też tych świnek, które były koło chałupy. Chcieliśmy zabić jedną małą świnkę, nas trzech – wielkich bojowców – strzelało do nich z trzech metrów i nikt nie trafił, a one biegały naokoło. „Stasinek” przyleciał i zrobił nam straszny skandal.

Następnego dnia zaczęła się poważna wojna. Myśmy byli cały czas na linii i nie było łatwo z tyloma stratami bliskich kolegów. Jeden obraz mi został w pamięci: stoję w oknie na pół spalonego budynku na obserwacji; „Remec”, „Pat” i jeszcze dwóch grają w karty. Zaczyna się atak z powietrza – sztukas. Nikt się nie rusza. Pada bomba na dom i przecina go prawie na połowę. Nikt się nie rusza. Po chwili „Remec” i „Pat” dmuchają na karty i dalej grają.

10 lub 11 sierpnia, w czasie wycofywania [się] z Woli na Stare Miasto, byłem w tylnej straży z ckm-em. Myśmy leżeli na Okopowej niedaleko od Pfeifera, w kierunku zachodnim. Przed nami było pole i stamtąd dostaliśmy duży ogień z lekkiej broni. Oczekiwaliśmy natarcia z tego pola i mieliśmy trzymać Okopową do końca ewakuacji. Przed natarciem Niemcy zaczęli ostrzeliwać nasze pozycje z moździerzy. Po jakiejś godzinie tego ognia zostałem ranny pociskiem z moździerza. Dostałem kawałek szrapnela w płuca, nie mogłem oddychać i myślałem, że to pewno koniec. Prosiłem kolegę, który był ze mną na tym ckm-ie, żeby mnie nie ewakuowali, że to szkoda innych narażać w tym ogniu, a mnie to nie pomoże. Myślałem, że jeszcze parę minut będę mógł strzelać. Ale po minucie przylecieli z noszami od Pfeifera, chciałem wstać i upadłem. Byłem bardzo ciężko ranny również w nogę. W czasie ewakuacji po paru minutach straciłem przytomność. Obudziłem się już na Starym Mieście w jakiejś piwnicy – szpitalu. Okazało się, że moja rana w płucach nie jest ciężka i następnego dnia mogłem lepiej oddychać, ale noga była w bardzo ciężkim stanie i myśleli [o tym, żeby] ją amputować pod kolanem. Ale ja się tak bałem, że zdecydowali czekać i włożyli ją w gips. Lekarze codziennie mnie badali, czy już mam gangrenę. Jeszcze jednym wielkim niebezpieczeństwem był tetanus. Wszyscy ranni sprawdzali parę razy dziennie, czy mogą otworzyć usta.

Stare Miasto było w połowie września silnie atakowane z powietrza i przez artylerię. Program był taki: 15 minut atak, sztukasy 30 minut, baraż artylerii i znów atak samolotów. I tak przez cały dzień. W nocy tylko artyleria. Wszyscy ranni kładli się pod łóżkami, jak sztukasy zaczęły atakować. Cały dom się trząsł i kawałki muru spadały na nas.

W końcu sierpnia zaczęli ewakuować większość rannych kanałami. Moja noga w gipsie nie pozwoliła mnie ewakuować. Zostałem w tej piwnicy, szpitalu, z jeszcze paroma rannymi w tym samym stanie i z cywilną ranną ludnością (dziećmi, kobietami, starcami).

Nikt nie pamięta, który to był szpital. Długa 23 lub Długa 7. Ja rozumiem, że „Pod Krzywą Latarnią” Niemcy zabili wszystkich rannych. Myśmy mieli bardzo dużo szczęścia, u nas w piwnicy leżało paru (trzech czy pięciu) rannych niemieckich żołnierzy, którzy nas uratowali. Jak SS-mani wskoczyli do tej piwnicy, ci Niemcy zatrzymali ich, mówiąc, że myśmy ich uratowali (nasze mundury wyrzuciliśmy już wcześniej). Ta scena trwała dwie sekundy: SS-mani krzyczeli: Raus!, ja miałem koło siebie dwie miotły, na których się trochę opierałem, i półnagi wyszedłem na ulicę. To był piękny wrześniowy dzień i to był pierwszy raz po trzech tygodniach, gdy widziałem niebo. Na tych dwóch miotłach i na jednej nodze maszerowałem godzinami między starymi, dziećmi i kobietami w kierunku Pruszkowa. Panie z Czerwonego Krzyża stały na rogach i dawały nam pić. Naturalnie [było] pełno SS na ulicach. Sam nie wiem, jak miałem siłę iść tyle kilometrów. Nie pamiętam, czy doszedłem piechotą do Pruszkowa, czy część drogi mnie przewieźli, ale na końcu znalazłem się w domu wariatów w Pruszkowie, gdzie był zorganizowany szpital dla rannych z Warszawy.

Teraz znów parę rzeczy jest we mgle. Nie pamiętam, czy spotkałem „Remeca” znów w Pruszkowie, czy z nim razem wyszedłem ze Starówki. Ja tylko wiem, że on wyszedł przebrany za księdza.

Byłem w tym domu wariatów ok. dwóch tygodni. Zestawili tam moją nogę jeszcze raz i zrobili nowy gips. Jednego dnia, w drugiej połowie września, przyszedł z delegacją Czerwonego Krzyża (ICRC) Andrzej (?) Potocki, który mnie znał z pałacu w Wilanowie. Jak delegacja skończyła wizytę, wrócił do mnie i zawiadomił, że następnego dnia gestapo będzie tutaj robić dochodzenia. Tego dnia Potocki zorganizował jakiegoś chłopa z furką i uciekliśmy („Remec” i ja). Pamiętam, że pojechaliśmy pociągiem w kierunku Krakowa i jakoś znaleźliśmy się tego samego dnia w Dalechowicach.

Dalechowice to był majątek cioci Krystyny (cioci Reny Brenstiern-Rostworowskiej) i „Remec” dostał od „Reny” ten adres na wszelki wypadek. Był to piękny dwór daleko od Niemców, to była „wolna Polska”, oni bali się tam kręcić. Po upadku Powstania przyjechała tam też „Rena” z rodziną i in.

Byliśmy w Dalechowicach pięć miesięcy, do stycznia 1945 r. Tam dostaliśmy świetną pomoc lekarską, świetne jedzenie i cudowną atmosferę. W listopadzie 1944 r. zacząłem już lepiej chodzić i pomagałem tam w konspiracji.

Armia Czerwona przyszła tam w styczniu i naturalnie nas wyrzucili. „Remec” i ja pojechaliśmy do Łodzi, gdzie mieszkałem przed wojną i [gdzie] moja rodzina miała mały pałacyk. W czasie wojny było tam dowództwo policji niemieckiej w Łodzi. Kiedyśmy przyjechali, dom był wolny i zainstalowaliśmy się w dwóch pokojach na drugim piętrze. Po paru dniach przyszły „władze”. Zarekwirowali ten pałacyk i chcieli nas wyrzucić. Ja byłem trochę naiwny i się nie zgodziłem. Po strasznych awanturach dali mi pokój i łazienkę. W tym jednym pokoju mieszkał „Remec”, „Pat”, „Beata”, ja i czasami Staszek L., „Rena”, „Danuta”, „Irys” i in. „Beata” spała czasami w łazience. Ja zacząłem wtedy studiować medycynę na uniwersytecie w Łodzi.

Tymczasem skończyła się wojna i po I semestrze zdecydowałem, że ten system jest nie dla mnie i szukałem [możliwości], jak wyjechać na Zachód. W tym czasie były czynne w Polsce organizacje syjonistyczne, które szmuglowały Żydów na Zachód. Tylko musiałem ich przekonać, że jestem Żydem, a to nie było łatwe. W końcu zgodzili się mi pomóc. Najpierw posłali mnie do Krakowa, tam dostałem fałszywe greckie papiery. Z Krakowa pojechałem z innymi przez Pragę do Budapesztu. W pociągu godzinami nie wolno było nam mówić, bo myśmy naturalnie nie znali greckiego. W Budapeszcie byliśmy w obozie tranzytowym jakieś dziesięć dni i stamtąd przez zieloną granicę do Austrii. Na granicy była wsypa i ja jedyny zwiałem, innych Rosjanie zaaresztowali, ale słyszałem, że później zwolnili.

W Austrii znalazłem się sam – bez organizacji i bez pieniędzy. Pojechałem autostopem do Klagenfurtu. Tam był jakiś obóz tranzytowy UNRRA, tam mi dali jeść i spać.

Zacząłem szukać polskich jednostek, bo ja wtedy nie miałem mocnych syjonistycznych lub żydowskich przekonań. Spotkałem jakiegoś polskiego lotnika, który mi pomógł i posłał mnie do Polskiego Czerwonego Krzyża w Villach na granicy włoskiej. Tam byłem parę dni i PCK mnie przewiózł w mundurze do Włoch. Przyjechałem z nimi do Udine, gdzie był dywizjon polski Mosquito (RAF). Ja tam dostałem królewskie przyjęcie. To był początek lipca 1945 r. i byłem pierwszym żołnierzem z AK i z Powstania, którego widzieli.

Byłem ich gościem parę dni i oni mnie podwieźli do Dowództwa 2 Korpusu w Ankonie.

Tam wzięli mnie do drugiego oddziału i przez jakieś dziesięć dni godzinami codziennie dawałem dokładne sprawozdanie o Polsce, Kedywie i AK, Powstaniu. Badał mnie tam szef drugiego oddziału i jego zastępca (major albo podpułkownik). Kiedy to się skończyło, dostałem trochę pieniędzy i posłali mnie na dwa tygodnie na odpoczynek w Rzymie.

Kiedy wróciłem do Ankony, zostałem poinformowany, że jestem przyjęty do 2 Korpusu od 2 września 1945 r., warunkowo, ze stopniem podporucznika piechoty, z rozkazu Londynu. Mój stopień oficerski został zatwierdzony dopiero 31 maja 1946 r. rozkazem dowódcy 3 Dywizji Strzelców Karpackich – podporucznik piechoty, członek służby stałej [od] 1 stycznia 1945 r.

Po przyjeździe do Ankony napisałem list do gen. Sosabowskiego o stanie „Stasinka”, ale mam wrażenie, że on już wiedział.

Na początku mojej kariery w 2 Korpusie byłem wcielony do 7 Batalionu 3 Dywizji Strzelców Karpackich w Jessi i stamtąd mnie posłali do szkoły bojowej na południu Włoch w Bari. Kurs miał trwać trzy–cztery miesiące, było na nim jeszcze paru z AK – w 2 Korpusie wiedzieli, że te podchorążówki konspiracyjne nie były dużo warte.

Przed końcem kursu dostałem rozkaz pojechać natychmiast do Ankony. Tam na mnie czekał gen. Sosabowski, który zaproponował, bym pojechał do Polski i wyciągnął stamtąd „Stasinka”. Naturalnie zgodziłem się i następnego dnia pojechaliśmy otwartym jeepem do Niemiec. To był koniec listopada czy grudzień 1945 r. i było strasznie zimno. Nie mogłem zrozumieć, dlaczego stary Sosabowski chce jechać otwartym jeepem, a nie zamkniętym samochodem (staff car) jak każdy generał. Ale taki był Sosabowski.

Nasz plan był taki, że ja pojadę z Münichu [Monachium] w mundurze i samochodem UNRRA do Polski na dwa, trzy dni i wrócę ze „Stasinkiem”. Jak nasi ludzie w Monachium usłyszeli o tym planie, spytali się mnie, czy znam francuski lub angielski. Jak im odpowiedziałem negatywnie, myśleli, że myśmy zwariowali. Powiedzieli nam, że jak Armia Czerwona mnie złapie, to nas natychmiast rozstrzelają (szofera i mnie). To trwało jakiś jeden–dwa miesiące. Akcja odwołana. Tymczasem gen. Sosabowski dostał sygnał, że „Stasinek” jest w drodze na Zachód.

Wróciłem do 3 Dywizji Strzelców Karpackich we Włoszech i zostałem przeniesiony do 2 batalionu jako zastępca dowódcy kompanii. Było tam tylko dwóch oficerów dowódcy i ja, gdyż Anglicy już nie dali nikogo awansować i było bardzo mało oficerów. Po jakimś krótkim czasie przyszedł rozkaz: kto się chce uczyć na uniwersytecie we Włoszech, niech się zgłosi. I tak zacząłem znów pierwszy rok medycyny, tym razem w Bolonii. W jesieni 1946 r. zaczęli ewakuować 2 Korpus do Anglii.

Mój wujek, który jeszcze przed wojną mieszkał w Palestynie, zatrzymał się po drodze do Anglii we Włoszech i mnie przekonał, żebym pojechał do Palestyny zamiast do Anglii, gdzie będę jakimś emigrantem. Gdy się zgodziłem, wujek spotkał się z gen. Andersem (mam wrażenie, że to było urządzone jeszcze wcześniej) i uzyskał od niego urlop dla mnie do Palestyny. Mój wujek powiedział, że jestem jedynym pozostałym przy życiu członkiem rodziny, która była w Polsce.

W grudniu 1946 r. pojechałem do Egiptu i tam mnie władze brytyjskie trochę trzymały, bo dużo byłych polskich żołnierzy zajmowało się akcjami terrorystycznymi przeciw nim. Po paru tygodniach pojechałem do Palestyny i po zakończeniu urlopu służyłem jeszcze w paru jednostkach polskich w Palestynie i w Egipcie. Tymczasem dostałem przez Polskie Wojsko wizę (certyfikat) do wyjazdu do Palestyny jako cywil. Na podstawie tego certyfikatu zostałem zdemobilizowany 12 sierpnia 1947 r. w Quasassinie [Al-Qassasin] w Egipcie i pojechałem jako cywil. Po paru miesiącach zaczęła się nowa wojna w Izraelu, ale to jest inna historia.

W konspiracji miałem następujące pseudonimy i nazwiska:

„Rysiek” – Ryszard Żurawski,

„Rysiek”– Ryszard Żukowski,

„Rysiek” – Stanisław Witold Żukowski.

Po wojnie do końca 1947 r. zostałem jeszcze [przy nazwisku] Stanisław Witold Żukowski, bo to było bardzo skomplikowane zmieniać nazwisko, nawet jak się zmieniało na swoje prawdziwe. Ja to musiałem zrobić w Izraelu w sądzie w 1948 r.

„Rysiek”, Stanisław W. Aronson, Kedyw „Kolegium A”