ANNA RADWAŃSKA

Dnia 28 września 1987 r. w Warszawie mgr F. Wilkowska-Neffe, sędzia członek Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce – Instytut Pamięci Narodowej, delegowany do Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Warszawie, działając na zasadzie art. 4 dekretu z dnia 10 listopada 1945 r. (Dz.U. nr 51, poz. 293) i art. 129 kpk, z udziałem protokolanta osobiście przesłuchała niżej wymienioną w charakterze świadka. Świadka uprzedzono o odpowiedzialności karnej za fałszywe zeznania, po czym świadek stwierdza własnoręcznym podpisem, że uprzedzono ją o tej odpowiedzialności (art. 172 kpk). Następnie świadek zeznała, co następuje:


Imię i nazwisko Anna Danuta Radwańska z d. Radziejowska
Imiona rodziców Wincenty i Lucyna
Data i miejsce urodzenia 28 stycznia 1931 r. w Nieświeżu
Miejsce zamieszkania Warszawa, ul. [...]
Zajęcie inżynier
Wykształcenie wyższe
Karalność za fałszywe zeznania niekarana
Stosunek do stron córka zamordowanej Lucyny Radziejowskiej

W okresie okupacji mieszkałam z rodzicami w Płatkownicy (gm. Sadowne, wówczas pow. sokołowski), gdzie moi rodzice prowadzili gospodarstwo rolne. W 1941 r. z obozu jenieckiego w Grądach uciekł jeniec radziecki. Przechowywał się w naszym domu. Zachorował na tyfus plamisty, zakażając całą naszą rodzinę. W wyniku tej choroby mój ojciec zmarł w 1941 r. Gospodarstwo prowadziła matka.

Pamiętam, że w lecie 1943 r. do naszego domu wprowadziła się pani z chłopcem w wieku 15–16 lat. Nie znałam jej nazwiska, nie pamiętam imienia tego chłopaka. Oboje twierdzili, że przyjechali z Warszawy. Gospodarstwo rodziców położone było w kolonii, gdzie domy były oddalone od siebie o 300-500 m. Ta pani i chłopak stołowali się razem z nami. Nie wychodzili poza teren naszego gospodarstwa, podwórza. Pamiętam, że ta pani miała włosy koloru rudego, chodziła w okularach. Jej syn miał włosy koloru czarnego. Mamusia moja ani oni nie mówili o tym, że są Żydami, a ja wówczas się nie orientowałam, gdyż nie znałam cech semickich.

Kilka lat po wyzwoleniu, w rozmowie ze starszymi mieszkańcami z sąsiedniego gospodarstwa dowiedziałam się, że kobieta ta podobna była do Żydówki. Kilka miesięcy po przybyciu do nas tej kobiety z synem do naszego gospodarstwa przyszło kilku żandarmów niemieckich. Nie wykluczam tego, że mogło to być kilka tygodni po ich przybyciu. Jeden z żandarmów podszedł do tej kobiety i coś mówił do niej po niemiecku, z czego zapamiętałam tylko słowo Jude. Żandarmi ci zabrali moją matkę, tą panią i tego chłopaka.

Kilka dni później z dorosłą sąsiadką byłam na posterunku żandarmerii w Sokołowie, ale tam powiedziano mi, że matka została wywieziona do Warszawy, na Pawiak. Jakiś czas później otrzymałam zawiadomienie z administracji obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu, że matka moja zmarła tam 31 marca 1944 r., gdyż zachorowała na tyfus. Jakiś czas miałam przy sobie to zawiadomienie, ale obecnie nie wiem, co się z nim stało. Nie wiem, w jakich okolicznościach doszło do udzielenia pomocy tym ludziom, a to dlatego, że moja matka nie wtajemniczała mnie w to, jak też nie wiem, skąd Niemcy dowiedzieli się o tym. Przypuszczaliśmy tylko, że o pobycie tych dwóch osób w naszym domu mogła zawiadomić żandarmów mieszkanka jednego z gospodarstw tej kolonii, która była volksdeutschką czy też Niemką. Nie wiem, co się stało z tymi Żydami.

Na tym protokół zakończono i po odczytaniu podpisano.